Nożem w serce
Zdradę można uznać za błąd. Owszem, często rzutuje na nasze dalsze życie. Często jednak jest to błąd, który pozwala przejrzeć na oczy i wyrwać z impasu.
Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie...
Dziewczyno (tak, ty, bo do ciebie się najpierw kieruję - podobno tego wymaga kultura). Czytaj uważnie. Zaproś przy okazji swojego mężczyznę, jemu też się to przyda.
Zdarza się czasem tak, że jest ktoś, kogo znacie całe życie, bądź ten ktoś zna was od pieluch, albo po prostu - kręci się gdzieś w okolicy i wasza znajomość opiera się na zwykłym "cześć-cześć" na ulicy.
Zdarza się pewnie też tak, że to zwykłe "cześć" zamienia się w coś dłuższego, w rozmowę, rozpoczętą przez przypadek w sklepie, w serię smsów, w spacer, długie wymiany pocałunków...
Kojarzycie sytuację?
Takie coś przytrafiło się też Rudej. Zaraz zaczniecie się śmiać, że kolejny facet pojawia się w moim życiu, że jeszcze poprzedniego związku dobrze nie zakończyłam, a tu proszę, wpadła jak śliwka w kompot. Bez oceniania proszę. Zdaję sobie sprawę z własnych błędów... Młoda jestem. Jeszcze mogę.
Wracając do tematu... Chciałam zrobić sobie przerwę od facetów. Poprzedni "związek" okazał się totalnym niewypałem, ale natrafił się ON. Znamy się niby od lat, jednak nigdy nie mieliśmy szansy na dłuższą rozmowę. Kiedyś traktowałam go bardziej jak brata (mam mnóstwo przyszywanych sióstr i braci, o tym może innym razem), później po prostu jako sąsiada. Zaczepiłam go u mnie w sklepie. Zniknął mi z oczu na jakiś czas i po prostu byłam ciekawa, gdzie się podziewał. Następnym razem wymieniliśmy się numerami. Nie powiem, zaskoczył mnie pocałunkiem. Całą masą. Nigdy w swoim życiu nie miałam takiego moralniaka. Niby tamten od miesiąca mnie olewał i "nie miałby pretensji, gdybym go zostawiła", ale też nie zamknęłam historii zdaniem "to koniec". Miałam takie poczucie obowiązku obywatelskiego. Nie było mi jednak dane. Kolejny spacer, kolejne pocałunki, postawiony krok dalej. Smsy na dzień dobry, na dobranoc, komplementy... Nie chciałam związku, chciałam odpoczynku, szukałam pocieszenia i początkowy pomysł zrobienia z niego "kolegi od potrzeb" (mówiąc delikatnie, oczywiście) nie wydawał się taki głupi.
Któregoś razu spytałam go czego tak właściwie ode mnie chce: czegoś konkretnego czy po prostu chce mnie zaliczyć? Wolałam usłyszeć wprost, nie robić sobie (nie daj Boże) jakichś złudnych nadziei.
Zaczął mówić, że chce, żebym do niego wyjechała (nie pracuje w kraju, na kilka miesięcy w roku zjeżdża do domu), żebym szybko skończyła szkołę, że przyjadę na wakacje, rodzina, dzieci, zwierzęta, etc, etc...
Uległam. Uwierzyłam.
Szybko wylądowaliśmy tam, gdzie prowadzi temperament dwóch wariatów.
Nie powiem... ogień. Za każdym razem. Bez względu na poświęconą ilość czasu, miejsce i początkowe chęci. Zawsze.
Tylko co z tego? Mój temperament często mnie gubi.
Nawet, jeśli się o coś na niego obraziłam (a nie robię tego bez powodu), zawsze, ale to zawsze mu ulegałam. Mam mu mnóstwo rzeczy do powiedzenia, często przykrych, do zarzucenia: że mnie zaniedbuje, że nie kocha, że nie stara się, że nie ma czasu...
Wiem, że przyjdzie, a ja i tak mu ulegnę.
Raz jedyny w życiu tak miałam, sami pewnie wiecie jaki czas temu to było. To się chyba nazywa miłość. Szkoda, że w moim wydaniu jest tak nierozważna.
Dlatego, drogie Panie! Zdaję sobie sprawę, że niektóre z was są tak samo walnięte jak ja. Czasem jednak trzeba strzelić focha, nawet jeśli nie lubicie się kłócić. Facet musi zrozumieć, że musi się starać.
Także macica na supełek.
Drodzy Mężczyźni! Życie z wami wyprowadza mnie z równowagi, ale bez was byłoby tragicznie nudne. Pamiętajcie jednak, że cudowny seks nigdy nie zastąpi choćby pięciu minut przytulenia dziennie.
P. S. Trzymajcie za mnie kciuki, przede mną ciężka konfrontacja. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wyrzucić to co mi leży na sercu (czy też innym organie...).
...i że mój Mężczyzna jednak okaże się odpowiedzialnym mężczyzną. Mężczyzną, który będzie moim do końca.
P. P. S. Zapraszam na Facebook'a Rudej: https://web.facebook.com/RudawWielkimMiescie/?ref=aymt_homepage_panel oraz na Instagram: @rudainthecity
:)
Siłaczka
Mądry Polak po szkodzie, czyli jak popełniać błędy na własną rękę
Przykładów można mnożyć w nieskończoność. Owszem, niekiedy mają rację. Tylko że nie zawsze da się nauczyć na cudzych błędach. Dzisiaj post o przesuwaniu własnych granic i wyciąganiu wniosków z doświadczeń.
Chrzanić innych, ja wiem lepiej!
Słysząc po raz kolejny te same farmazony, mówiąc kolokwialnie, rzygać mi się chce.
Owszem, potrafię czerpać z doświadczeń innych. Nie jest jednak powiedziane, że sama kiedyś nie postąpię jak ktoś tam. Owszem, potrafię uczyć się na cudzych błędach. Tylko czy będę miała o czym opowiadać wnukom?
Pewnie pamiętacie jak równo rok temu narzekałam w moich wpisach na szefa? Nienawidzę go do tej pory, klnę jak szewc, jeśli ktoś wywoła w rozmowie jego temat. Jednak dzięki takiemu skurwysynowi wiem, że w kolejnej konfrontacji z nim bądź kimś jego pokroju pozwoliłabym sobie na więcej. Wtedy byłam jeszcze za grzeczna. Dzięki niemu też uodporniłam się na chamstwo i wulgarność, a dokładniej jej wydanie, które szczególnie mi nie odpowiada.
Tak samo jest z moją szkołą. Ludzie miauczą, że nauczyciele nas cisną, że za dużo wymagają, że nikomu więcej tej szkoły nie polecą. Owszem, mnie też zdarzało się marudzić, że nie wyrabiam itd. Ale ludzie! Liceum piąte w województwie! Czego się spodziewacie? Że będziecie dostawać piątki za rysowanie choinek? Może z szacunkiem do uczniów różnie bywało, zgadzam się. Jednak dzięki tej placówce nauczyłam się samodyscypliny (codzienne wstawanie o 5 rano) i jako takiej organizacji czasu. Szkołę polecę dalej, gdyż chociażby historyków mamy niesamowitych. Zastrzegę jednak, że to nie miejsce dla słabiaków i że na prawdę trzeba spinać poślady, aby się utrzymać. Na studiach taryfy ulgowej nie będzie.
Uważam, że wszystko jest dla ludzi, wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Różnie przecież bywa. Jedyną rzeczą, której wiem, że nigdy nie spróbuję, są narkotyki. Chcesz sobie skręcić blanta i zajarać? Spoko, nie ma problemu. Korci cię, żeby wciągnąć kreskę? Twoja sprawa. Nie popieram, ale to Twoje życie. Jeśli zabrniesz za daleko, będziesz potrzebować pomocy - przyjdź, napisz. Pomogę. Czujesz powołanie, chcesz poświęcić życie służbie Bogu? Nie ma sprawy. Jeśli faktycznie tak bardzo wierzysz - leć jak w dym. U mnie drzwi zawsze są otwarte.
"Ty jak zawsze robisz po swojemu! Mówiłam ci!"
Słyszeliście kiedyś o portalach randkowych? Z pewnością, wszędzie roi się od reklam.
Pamiętam, ile razy się nasłuchałam, że to szczyt desperacji - rejestrowanie się na takiej stronce. Ile razy przestrzegano mnie, że skoro facet szuka laski w internecie to na bank jest z nim coś nie tak. I tu was zaskoczę: mój ostatni chłopak, z którym co prawda niedawno się rozstałam, został wynaleziony na jednym z portali. W zasadzie to on wypatrzył mnie. Jak na "faceta z internetu" trafiłam całkiem nieźle. Zdecydowanie lepiej niż ostatnim razem. Poznałam kilku ciekawych osobników, z niektórymi się spotkałam, z innymi wyszło coś więcej, z jeszcze kolejnymi utrzymuję kontakt na stopie koleżeńskiej, bo najzwyczajniej w świecie są sympatyczni i dobrze mi się z nimi rozmawia. Jakie wnioski wyciągnęłam z mojego występku? Na pewno jednym z nim jest to, że każdy zasługuje na miłość :) Jakkolwiek górnolotnie to brzmi - ludzie tam zarejestrowani szukają szczęścia, do którego wszyscy mają prawo. Ja potrzebowałam pocieszenia po złamaniu serca. Podniosłam swoją samoocenę, przybyło mi śmiałości w kontaktach z mężczyznami. Nie powiem, jeden potraktował mnie niezbyt grzecznie. Jasne, było mi przykro. Przez tydzień, może dwa. Nie wyobrazicie sobie jednak, jak często słyszałam:
"Ja wiedziałam/wiedziałem, że tak będzie! Nigdy mnie nie słuchasz" od znajomych. Kurczę, co z tego? No risk, no fun. Gadam jak typowy gimbus, jednak trochę w tym racji. Jeśli nie spróbowałabym się spotkać z jednym, drugim czy piętnastym, mogłabym przegapić szansę, na jakąś ciekawą relację.
Nikt nie przeżyje życia za Ciebie
Każdy decyduje o sobie. Po coś mamy wolną wolę. Trzeba czerpać z życia garściami, ułożyć je po swojemu, bez względu czy komuś się podoba czy nie. Próbuj nowych smaków, nowych doznań. Kto wie, co przyniesie los? Chcesz udać się w niezapomnianą podróż? Pakuj plecak i śmigaj na wylotówkę z miasta. Masz ochotę zaszaleć na imprezie? Upij się. Nikt ci nie zabroni. Chcesz spróbować przygodnego seksu z nowo poznanym facetem? Proszę bardzo, tylko kupcie sobie gumki.
Sama jadę na wakacje, które, mam nadzieję, będą wyjazdem życia. Uwierzcie mi, będę korzystać z urlopu pełną piersią.
Popełniajmy błędy na własną rękę. Szalejmy, z dozą rozsądku. Pamiętajmy, że życie mamy jedno i nikt go za nas nie przeżyje.
Kraj lat dziecinnych
Do stworzenia tego posta zainspirował mnie reportaż Filipa Chajzera, który dotyczył Dnia Dziecka.
Owy reporter pytał młodszych i starszych jak chcieliby spędzić ten dzień. Większość dzieciaków odpowiadała bardzo standardowo, jak na "dzisiejsze czasy": chcieliby grać na play'u, na komputerze, jeść lody i chipsy. Nie zdziwiło mnie to jakoś szczególnie. Jednak najpiękniejszym marzeniem spędzonego dnia jako dziecko podzieliła się starsza pani: chciałaby być z rodzicami. Bo, jak podsumował Chajzer, dziećmi jesteśmy dopóty, dopóki mamy rodziców. Mam nadzieję, że ja tym dzieciakiem zostanę jeszcze długi czas :)
Sama się rozmarzyłam.
Jak bym chciała spędzić dzień jeśli znów byłabym dzieckiem?
Zdecydowanie cały dzień na dworze. Gry w klasy, skakanie na gumie, skakance, kręcenie hula-hop. Zjadłabym ogromne lody budząc sukienkę i całą buzię. Drugie pół dnia pływałabym na basenie. Ale przede wszystkim cały ten czas byłabym z rodzicami i moimi braćmi. Mimo że są dużo starsi to i tak lubili się bawić ze swoją małą siostrzyczką :)
Bo jesteśmy dziećmi tak długo, jak długo mamy swoich rodziców.
Czemu nam tak spieszno do dorosłości?
Chcemy więcej. Móc wrócić do domu później niż zaraz po zmierzchu. Oglądać filmy dozwolone od 16. r.ż. Jeść więcej słodyczy, jeśli tylko zechcemy. Ubierać się tak, jak mamy ochotę. Jako kilkulatki nie zdajemy sobie sprawy, że życie dorosłych nie jest takie proste. Chętnie sama wróciłabym do lat dziecięcych. Wszystko było takie beztroskie. Nie trzeba było podejmować ważnych decyzji, gdyż najtrudniejszą z nich było dobranie się w drużyny, żeby w coś pograć na podwórku. Teraz, będąc już dorosłą, ale dopiero u progu samodzielności, marzy mi się bezkarne wiszenie na trzepaku, huśtanie na huśtawce i brudzenie czekoladą. Zawsze można sobie przypomnieć dzieciństwo, chociażby oglądając z babcią stare zdjęcia ;)
Jedno na pewno się nie zmieni nigdy: dzieci chcą być dorosłymi a dorośli dziećmi. :)
Gdzie te chłopy???
Ostrzeżenie dla Panów: zastanówcie się przed rozpoczęciem czytania. Tekst może spowodować ból dumy i waszego ego :) Enjoy ;>
Z okazji niedawno obchodzonego święta mężczyzn, skłoniłam się do pewnej refleksji:
Czy prawdziwi mężczyźni jeszcze istnieją?
Kobiety często szukają faceta na wzór swojego ojca. Jako że wychowywałam się jeszcze z ekstra dwójką (starsi bracia), męski świat nie jest mi obcy. Mój tata potrafi gotować, ogarnia rzeczy techniczne, zawsze się starał, żeby było nam w domu dobrze. Jeśli chodzi o wygląd to cała trójka wyrosła na porządnych chłopów. Silni, dobrze zbudowani, zadbani. Patrząc na ulice, czy chociażby na ludzi z mojej szkoły wołam "Przywróćcie obowiązkową służbę wojskową!".
Rozumiem, trzeba o siebie dbać. Być ogolonym, bo pracodawca patrzy, albo użyć kremu do rąk, bo dziewczyna się denerwuje jak musi czuć na twarzy tarkę. Ale panowie! Solarium? Obcisłe bluzeczki z dekoltem? Litości!
Żebym nie wyszła na powierzchowną lalę wspomnę jeszcze o charakterze. Mnie osobiście najbardziej irytuje i doprowadza do szewskiej pasji brak odpowiedzialności. Kiedyś jak facet zrobił dziewczynie dziecko to był zmuszony do ślubu, więc prędzej czy później musiał ogarnąć dupę i się nimi zająć. Dosyć radykalne podejście. Co nie zmienia faktu, że młoda matka nie zostawała sama. Teraz? Teraz nie mają krzty szacunku do kobiety. Może to też po części nasza wina, tylko dlaczego my, które chcemy uczucia i stabilności, musimy ponosić karę za kilka wyzwolonych koleżanek? Koleś daje nadzieję, przymila się, a później zostawia bez słowa mówiąc, że możecie zostać tylko przyjaciółmi. W momencie, gdy już przekonałaś sama siebie, że może jednak warto zaryzykować. Śmiech na sali, drodzy państwo. Takim chętnie zaserwowałabym kastrację bez znieczulenia. Przyjaźń po koszu nie istnieje, już się przekonałam.
Ostatnio stwierdziłam, że albo wszyscy faceci to chuje, albo po prostu tacy kochani jak mój średni brat wyginęli. Bo wiecie, skoro już macie te pół mózgu (którego podobno my kobiety nie mamy wcale) to go używajcie, a nie myślcie tylko swym ch**em ;)
Zatem apeluję! Panowie! Gdziekolwiek się podziewacie (na rybach, w lasach czy też w marketach budowlanych jak ostatnio usłyszałam) - ujawnijcie się i przywróćcie nam wiarę w męski ród.
Pozdrawiam!
/zła, zmęczona, chora i rozgoryczona Ruda.
P.S. Zapraszam na Facebookowego bloga, którego współprowadzę :D

