Obserwatorzy

About Me

Tyle już was było

Popularne posty

Obsługiwane przez usługę Blogger.
poniedziałek, 24 października 2016

Let's begin that sh... story

Do tej pory dostawaliście szczątkowe informacje, zajawki, migawki, urywki i takie tam inne bzdety. Wiedzieliście, że wiele się zmieni, a przynajmniej na to starałam się Was przygotować. Z samą sobą poszło nieco gorzej, no ale...
Czas rozwiać wszelkie wątpliwości i niedomówienia. It's time to face the truth, jak mawiał klasyk.

Podobno Rude są szalone. Podobno niczego się nie boją i do wszystkiego podchodzą z zimną krwią. Rudzi to podobno nawet duszy nie mają...
Sęk w tym, że te wszystkie "podobno" nie zawsze mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. W moim przypadku na pewno nie wtedy, gdy uderza się w mój najczulszy punkt, czyli w rodzinę.

Zawsze byłam związana z rodzicami. Mogłam się z nimi kłócić, drzeć koty, dyskutować, narzekać, ale nigdy nikomu obcemu nie pozwoliłam powiedzieć na nich złego słowa. Z perspektywy czasu szczerze tego żałuję. Pomimo szacunku, którym ich darzyłam, oni potraktowali mnie całkowicie odwrotnie.
Z pewnych powodów (nie roztrząsajmy ich na forum), z jakimi spotyka się część "statystycznych Polaków", w połowie sierpnia zdecydowałam, że od października zamieszkam sama. I mnie, i im byłoby lżej. Bez niepotrzebnych spięć z matką, z ojcem o matkę itd. Nie chciałam walki, choć wiedziałam, że będzie. Wiedziałam, że będą źli, ale chciałam mieć miejsce, do którego będę mogła wrócić na te cholerne święta, żeby nie siedzieć samej w czterech ścianach. Sęk w tym, że w dzień deadline'u, jaki sobie wyznaczyłam, sytuacja obróciła się o 360 stopni. Grunt usunął mi się spod nóg, bo moja wyprowadzka została przyśpieszona na tę samą noc. Eksmisja załatwiona szybciej niż przez komornika. Nie na za dwa tygodnie, jak planowałam, jak oznajmiłam najspokojniejszym tonem, na jaki było mnie stać. W ten sam wieczór, płacząc jak bóbr, słysząc na swój temat najgorsze wyzwiska i nie mogąc się nawet odezwać pół słowem, w obawie o własną głowę, zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i (dosłownie) uciekłam do brata.

Po trzech nocach, przepłakanych popołudniach, treningu prawie do wycieńczenia, kolejnej konfrontacji z rodzicami... Zajechałam do Wrocławia. Mojej ostoi. Teraz tak mówię, ale początkowo białe ściany mnie przerażały. Ilość kartonów do rozpakowania. Całe życie, "posag" zapakowany w pierwsze lepsze pudła, worki, w cokolwiek, co było pod ręką. Mieszkam w nowym miejscu już drugi miesiąc, a jeszcze nie wszystkie manele zabrałam z bratowej piwnicy. Na raty, kiedy mam czas, wskakuję w pociąg, albo oni, oboje, brat z żoną, moja dwójka ratowników, podrzucają mi to i owo. Właśnie oni, w chwili, gdy wpadłam na głęboką wodę, podali mi rękę i przygotowali "paczkę dla powodzian". W tym przypadku słoiki z pysznościami i winem na gorsze wieczory.
A tych też było sporo. Nadal są. Przez pierwsze dwa tygodnie, po powrocie z pracy, zasypiałam płacząc w poduszkę. Z bezsilności, z bezradności, poczucia wszechogarniającej niemocy. Bo ileż można uśmiechać się do klientów w pracy i proponować kolejną kawę lub porcję obiadu na wynos? I ile razy można chować się w łazience, żeby uronić kilka łez tak, aby koledzy nie widzieli? Co prawda załatwiłam na prędce zaoczną szkołę, miałam jakieś oszczędności, ale byłam sama. Jak palec. "Najbliżsi" bliscy przynajmniej 30 km od Wro.Wtedy przemknęła mi myśl, że z silny ramieniem obok byłoby mi łatwiej. Wiem, że mam sporo problemów i kolejny w postaci mężczyzny nie jest mi potrzebny. Choć może... ?
Zostałam nawet bez ukochanego psa, on by umiał coś zaradzić na moje smutki. Ostatnio jak go zobaczyłam to się popłakałam. Cieszył się na mój widok, nie rozumiał, że jego mamusia już więcej go nie odwiedzi. Po prostu skakał z radości, że mnie widział.

Mijają dwa miesiące mojego "dorosłego i samodzielnego życia", a ja nadal zostawiam mokre ślady na klawiaturze. Czy przestanie boleć? Nie mam pojęcia. Wiem, że nie mam czego się wstydzić. Analizowałam z moimi starszymi bracholami sytuację po kilkadziesiąt razy i wiem, że chęć usamodzielnienia się nie jest niczym złym. Że nie skrzywdziłam nikogo, chcąc żyć ze spokojną głową i skupiając się na tym co ważne: nauce, pracy, a przede wszystkim wypracowując swoje własne szczęście.

Zatem, moi drodzy, nie bójcie się podejmowania ryzykownych kroków. Zwłaszcza, jeśli chodzi o Waszą przyszłość, bo ktoś może to zrobić za Was.

Polecam obejrzeć :)

2 komentarze:

Unknown pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Unknown pisze...

Mam ten sam problem. Cholernie boje się reakcji rodziców. Chociaż moja sytuacja jest bardziej pomalowana, bo chodzi o wyjazd do Niemiec :)