Obserwatorzy

About Me

Tyle już was było

Popularne posty

Obsługiwane przez usługę Blogger.
poniedziałek, 1 stycznia 2018

What would you do today if you knew you would not fail?

Święta, święta i po świętach... tuż po nich noc sylwestrowa i Nowy Rok. Moment podsumowań, rozrachunku z własnym sumieniem i planowania kolejnych 365 dni życia. Sama również pokuszę się o kilka zdań, jednak nie spodziewajcie się fajerwerków... ;)

Ostatni dzień w roku spędziłam bardzo intensywnie. Nie, nie imprezowałam do białego rana. Nie, nie pocałowałam nikogo o północy. Sylwester, całkiem przypadkowo, przesunęłam o dwa dni wcześniej, jednak właściwe pożegnanie starego roku pracowałam. Noc długa i dosyć ekscentryczna, aczkolwiek doświadczenia nie oddam za żadne skarby. :)

Choć nie znalazłam miłości życia, nie urodziłam sobie nikogo do kochania, nie zaadoptowałam zwierzaka, nadal tęsknię jak szalona za moim psem, popełniłam setki błędów, uważam ten rok za wykorzystany. Jestem wdzięczna. Za każdy poranek, kiedy mogłam wstać i byłam gotowa, bardziej lub mniej, pójść do pracy i zmierzyć się z wyzwaniami. Małymi kroczkami szłam do celu. Rozwijałam się w kierunkach, które sobie obrałam. W końcu zamieszkałam sama, prawie na swoim. Troszkę bardziej otworzyłam się na ludzi. Kolejny rok zrewidował relacje. Niepotrzebne zakończyłam. Inne wskoczyły na wyższy poziom.

2017 nie zmienił mnie jakoś szczególnie. Nie przytyłam ani nie schudłam. Nadal wzruszam się przy piosenkach Louisa Armstronga. Nadal wszystkie dzieci cioci Rudej są i daruję moim chrześniakom, bratanicom, bratankom (i nie tylko) tyle miłości, ile jestem z siebie wykrzesać. Nadal lubię męskie towarzystwo, coś mocniejszego w kieliszku i rozmowy do rana. Rok to nie jest aż tak dużo, ale wystarczająco, żeby wziąć los w swoje ręce.

Sometimes it feels like there are so many things in this world we can't control. Earthquakes, floods, reality shows... But it's important to remember the things that we can. Like forgiveness, second chances, fresh starts... Because the one thing that turns the world from the longing place to a beautiful place... is love. Love and any of its forms. Love gives us hope... Hope for the New Year. That's what New Year's Eve is to me. Hope and a great party!
...czyli najpiękniejszy cytat ostatnich dni, pochodzący z filmu "Sylwester w Nowym Yorku"


Na dobry koniec (wpisu) i początek (roku 2018) zostawiam Was z czymś, przez co nieustannie mam ciarki na plecach. What a wonderful world


Wasza Ruda
niedziela, 25 czerwca 2017

Sypie się


Z okazji zakończenia sesji wybrałam się z ekipą na babskie zdobywanie Ślęży.

Tuż przy samym szczycie mijałyśmy z dziewczynami starszego pana. Szedł powolutku, miał w dłoniach dwa kijki, sunął ku górze w tempie żółwia. Zaczepił nas i poprosił, żebyśmy go pokierowały do ścieżki z kostki, bo, jak się okazało, jest niewidomy. Kurczę, pomyśleć, że tyle razy JA sobie mówię, że jestem cieniasem, a facet starszy ode mnie o 50 lat zasuwa na sobótkę. Niestety, ale dzieje się tak, że mimo tego, że jest mi w moim życiu całkiem nieźle to działam na siebie destrukcyjnie.


Dlaczego sobie to robię? Wszystko, na czym powinno mi zależeć, stopniowo obracam w pył. Powinno mi zależeć na sobie. I co z tego? Ograniczenie słodyczy nie wyszło. Nawet bez żarcia batoników i czekolady przyjmowałam kupę cukru. Znów zaczęłam palić, choć obiecałam rzucić całkiem i nie palić nawet przy piwie. Opalić też się nie mogę, bo albo robię się w paski, albo wychodzą mi piegi (czyli w ciapki jak lampart).
Zerwanie” z seksem też się nie udało. Weszłam drugi raz do tej rzeki, z której uciekłam. A właściwie z której prąd wyrzucił mnie na brzeg. Nawet głupiego zdjęcia nie mam. Na każdym jednym, a miałam związane włosy i zero make-up'u, wyglądałam jak chłopak z cyckami. O kondycji nie wspomnę. Jeszcze rok temu mogłam góry przenosić, a nie męczyć się po wejściu 500 m. Ile tak można?


Silna i niezależna Ruda nie jest już taka silna.


Mam nadzieję, że chwilowo.



sobota, 31 grudnia 2016

Jak co roku, czyli trochę pierdolenia a trochę na poważnie

Zacznijmy od podsumowań...

Ten rok nie należał do najlżejszych. Szczerze zastanawiam się czy moje nerwy wytrzymają kolejne lata, skoro poprzednie budowały napięcie rodem z filmów grozy.
Było ciężko. Kiedy myślałam, że najgorsze już mnie spotkało, dostawałam kolejne ciosy, w tym jeden najbardziej bolesnych. Życie weryfikuje znajomości, ludzi, z którymi przebywamy, żyjemy. Straciłam kilkoro bliskich i najbliższych. Bolało jak cholera, ale poznałam mnóstwo innych wartościowych osób. Nauczyłam się nowych rzeczy, zdobyłam nowe umiejętności.

Wyprowadziłam się, zmieniłam pracę na pełnoetatową, przeniosłam się na zaoczne studia i cały czas starałam się nie zgubić w tym wszystkim siebie. Wzięłam do serca słowa mojej menagerki. Nie jestem robotem, jestem tylko człowiekiem. Nie udało mi się zrobić z siebie robokopa, który wydaje obiady, robi kawę i sprzedaje kanapki. Zmęczenie przymykało mi czasem oczy, wyzwaniem okazywało się utrzymanie garnuszka z mlekiem. Ale przetrwałam i trwać będę przynajmniej przez najbliższe kilka miesięcy.


Choć nie zawsze pięknie jest, nagle każdy ruch każdy gest sprawia ból w serce jak kamień.
Płynie strumień łez, świat twój odrzuca mnie, lecę w dół, znowu próbuje Cię odnaleźć
~ Grubson - „Niebieski ptak”


Nie ma co czekać, aż 2016 „umrze”. Nie uważam tego czasu za stracony, bo wykorzystywałam go na maksa, choć i tak uważam, że mogłam go wycisnąć jeszcze bardziej. Trzeba wyciągać wnioski – to przydatna umiejętność. Odkąd zaczęłam się usamodzielniać (już dobrych kilka lat temu) nauczyłam się zastanawiać nad samą sobą, nad tym gdzie popełniam błędy i czy na pewno popełniam je ja. Warto spróbować ;)

Pieprzenie (jak co roku) pt. „Nowy rok, nowa/nowy ja” jest tylko pożywką dla hejterów. Wiadomo, ludzie czekają na jakiś szczególny moment, dzień, w którym zaczną wprowadzać zmiany w swoje życie. Nie ma się co oszukiwać – noworoczne postanowienia, z samej nazwy wnioskując, są aktualne tylko w NOWY ROK, czyli 1go stycznia. Wytrwalsi przeżyją kilka tygodni/miesięcy na siłowni, bez papierosa czy zdrowo się odżywiając.
Prawda jest taka, że każdy moment jest dobry na zmianę. Niektóre działania warto zaplanować, ale nie warto odkładać ważnych decyzji. Pracę nad sobą najlepiej zacząć od zaraz.


Wokół dobra materialne, podzielona klasa
Pogoń za tym, co namacalne, praca - dom - praca
Musisz pracować, żeby przeżyć, wiadomo
Szkoda tylko, że wielu nie spełnia się zawodowo
Nie mamy czasu rozwijać się mentalnie, duchowo
Regularnie zat
Zataczamy błędne koło
Trochę z boku obserwuję ten pościg
A i tak czasami jestem wypłukany z miłości
Co jak nie miłość pozwoli nam żyć w harmonii
W świecie umysłowej niewoli?
Ty potrzebujesz mnie, ja potrzebuję Ciebie
Abyśmy razem współgrali jak komórki w naszym ciele
Jak to jest, że około siedem miliardów ludzi na świecie
Nie potrafi żyć w pokoju, mając taką przestrzeń?
A 50 bilionów komórek u każdego z nas
Żyje tak cały czas... 

~Grubson - "Dżungla"


A co Ruda postanawia na 2017?

Jest mnóstwo rzeczy, które miałabym ochotę zrobić, zaplanować, z których chciałabym skorzystać. Pełen etat i, mimo wszystko, dosyć skromny budżet na za wiele mi nie pozwala.
Powiem Wam najpierw czego sobie NIE obiecuję.
Na pewno nie rzucę palenia tak na sto pro. Ten rok był przełomowy jeśli chodzi o fajki, potrafiłam nie palić przez długie okresy czasu, jednak zdarza mi się znowu popalać tu i tam. Zwykle do towarzystwa, ale musiałabym zmienić towarzystwo, żeby przestać palić, a z tym raczej nie prędko...
Nie znajdę męża – zgodnie z wydarzeniami utworzonymi na fejsbuku. Choć nie, lepiej brzmi: „Nie będę SZUKAĆ męża w 2017 roku”. Znajdzie się to znajdzie. Jak na razie muszą się zweryfikować niektóre relacje w moim życiu, ślub i wspólne życie jeszcze poczekają.
Kolejną rzeczą, której nie mogę sobie obiecać jest coś co w gruncie rzeczy nie jest zauważalne, ale gdy się kumuluje to sieje spustoszenie... Nie będę się mniej denerwować. Praca, praca, praca, klienci w pracy, koledzy z pracy, spóźniające się tramwaje i autobusy, ludzie w komunikacji miejskiej, kolejki w sklepach, walka o byt, proza życia. No nie da się, choćbym na głowie stawała. A że tego nie umiem to tym bardziej bym się wkurzyła. 

Coś co mogę sobie obiecać, a przynajmniej spróbować wykonać, to wygospodarowanie odrobiny więcej czasu dla samej siebie. I nie mam tu na myśli obejrzenia serialu czy przeglądania fejsbuka wieczorem po pracy. Zmotywować się do czytania, spacerów, wyjścia na event czy nawet potańczyć. Wrocław jest tak wspaniałym miastem, a ja... ja nie mam czasu ani nawet ochoty korzystać z jego ofert. 
Uczyć się więcej – i mam tutaj na myśli włoski, choć bardzo bym chciała wrócić do niemieckiego, bo baaardzo go zaniedbałam. 
Poświęcać czas samej sobie. Ostatnio wkręciłam się nieco w kucharzenie, pieczenie mnie odpręża. Może to jest właściwy trop? 
Wrócić do korzeni – do dziennikarstwa. Przecież to był mój konik, moje hobby, coś, o czym marzę od podstawówki i śni mi się po nocach. Tłumaczenia miały być planem B, dodatkiem, opcją awaryjną. Mam kilka pomysłów na moje „dziennikarskie” życie i mam nadzieję, że wypalą. Trzeba samozaparcia. I wiary. We własne możliwości.


Nieważne jak jest źle,
A to, że mamy w sobie nadzieję i myśli te
Przeżyjemy, bo weźmiemy w ręce życie,
Zaczniemy budować od podstaw,
A jak się zjebie coś, naprawimy to

~Grubson - "Naprawimy to"

Na ten Nowy Rok nie życzę Wam fortuny, świetnych aut, zmiany pracy, zajebistych lasek u boku czy kolejki przystojnych facetów. Życzę Wam wiary. Wiary w samych siebie. To jest kluczem do sukcesu, do wyrwania się monotonii i marazmu.
No i żeby ten rok był choć odrobinę lepszy niż poprzedni.

Mój zapowiada się pełen niespodzianek.

A Wasz?




P. S. Polecam posłuchać – Grubson ma MEGA nawijkę. Mądry z niego facet.



Myśli ciągle nowe kłębią się w głowie.
Co ja wczoraj, co jutro, co dzisiaj...
Mówię sobie: PRZESTAŃ choć na moment
myśli wyślij w drogę.
Oddychaj!
Czuję jak moje ja spływa po mnie
na nowo ze światem i sobą się witam.
To tak wygląda teraz świadome...
wreszcie czuję, kocham, oddycham!! ...

Różni ludzie i emocjonalne stany
różny scenariusz gotowy rysunek lub tylko szkic.
Najważniejsze to kochać i być kochanym
najgorzej nie czuć nic!
Różni ludzie i emocjonalne stany
różny scenariusz gotowy rysunek lub tylko szkic.
Najważniejsze to kochać i być kochanym
najgorzej nie czuć nic!

Cieszę się, że na świecie są ludzie.
z którymi jednym szlakiem mogę iść przez życie
raz lekko raz w trudzie,
wznosić się mentalnie jak na wietrze liść,
łapać chwile ulotne jak ulotka.
Jak coś zmieniać to najpierw od środka!
Głową w chmurach,
a zarazem twardo po ziemi zgodnie z naturą,
z szacunkiem dla korzeni.
:
Więc słuchaj, tego co podpowiada serce i dusza
Do przodu ruszaj, aby wykorzystać odpowiedni wiatr,
okiełznać fart tak, aby wysoki zdobyć pułap
to natura jest twoim pomostem,
aby być fair traktuj ją jak swą siostrę
Masz do niej wolny dostęp, więc doceń to,
bo ona daje Ci oddech byś mógł być blisko,
byś mógł wyczuć tętno,
zrozumieć sedno,
poczuć obecność,
pozwól by ciało, umysł i dusza stanowiły jedność.

I jeszcze jedno posłuchaj ciszy tej wewnątrz!
Teeeeeejj ... Ciszy tej wewnątrz
Posłuchaj ciszy teej


Różni ludzie i emocjonalne stany
różny scenariusz gotowy rysunek lub tylko szkic.
Najważniejsze to kochać i być kochanym
najgorzej nie czuć nic!
Różni ludzie i emocjonalne stany
różny scenariusz gotowy rysunek lub tylko szkic.
Najważniejsze to kochać i być kochanym
najgorzej nie czuć nic!

Myśli ciągle nowe kłębią się w głowie:
Co ja wczoraj? Co jutro? Co dzisiaj?
Powiedz sobie: PRZESTAŃ choć na moment
myśli wyślij w drogę Oddychaj !
Czujesz jak twoje ja spływa po tobie
na nowo ze sobą i światem się witasz.
To tak wygląda teraz świadome...
Wreszcie czujesz, kochasz, oddychasz...
Pełną piersią!


sobota, 19 listopada 2016

Szczerze o złośliwości





Złośliwość – wg słownika języka polskiego PWN - zaskakujący w przykry sposób, lubiący sprawiać innym przykrość; też: wyrażający takie intencje. Jest obecna w życiu codziennym, jesteśmy poddawani próbom złośliwców lub też sami posługujemy się takimi uwagami. Warto czy nie warto? Czy jest w dobrym tonie - bycie złośliwym?


Ty, złośnico!” - często słyszę. Słusznie, niesłusznie – różnie to bywa. Pozwalam sobie na docinki, cięte riposty, dogryzanie. Im bliżej z kimś jestem, tym ostrzejszą mam gadkę. Wszystko z sympatią i miłością. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, że nie kierują mną złe intencje. Gorzej, kiedy ktoś przegina. Jeszcze gorzej, gdy nie potrafi ogarnąć, że przekracza cienką niewidzialną linię.



Wiele rzeczy robię dla przekory. Puszczam oko w poważnych sytuacjach, podpuszczam ludzi (głównie facetów, być może dlatego nadal jestem sama, cóż...). Ten typ tak ma. W tym przypadku typiara, czyli ja.

Przychodzi taki moment, że wszyscy wokół nagle znajdują szczęście. W moim otoczeniu przyszedł stosunkowo niedawno. Reagowanie na takie sytuacje jest bardzo naturalne. Bądź co bądź trzeba się jakoś zachować. Nie wiadomo czy śmiać się, czy płakać. Przy ludziach się śmieję, zaś płaczę w samotności. To, że wywrócę oczami, rzygnę tęczą czy cokolwiek innego nie oznacza, że komuś zazdroszczę. Zazdrość jest bardzo niezdrowa, w większości przypadków takowej doświadczyłam i mówię jej stanowcze NIE. Również szydzenie nie oznacza, że mój kumpel jeden, drugi, trzeci mają się rozstawać ze swoimi laskami! Wręcz przeciwnie, cieszę się ich szczęściem! Inną kwestią są przesłodzone pary z milionem wspólnych zdjęć otagowanych #loveforever #couple #mylove #forever, okraszone zyliardem serduszek i kolejnym pierdyliardem buziaczków. Najspokojniejszy by nie zdzierżył i sam ich cisnął.



Nie zaprzeczam, że brakuje mi pewnego pierwiastka. Ostoi. Ciepła. Czułości. Zrozumienia. Gorącej herbaty po powrocie z pracy. Przytulenia po ciężkim dniu. Wspólnego obiadu. Posłuchania o wymienianiu opon w samochodzie lub po prostu wspólnego milczenia przy filmie. Mój ziomek się śmieje ze mnie, że „laska bez bolca dostaje pierdolca”. Trudno się nie zgodzić, ACZKOLWIEK pragnę zaznaczyć, że od mężczyzny nie oczekuję jedynie... no, wiecie. Jednej kwestii. Relacje damsko-męskie to bardzo złożonasprawa! :D


Bycie złośliwym w dobrym tonie jest jak najbardziej na miejscu. Dopóty dopóki ktoś nie zaczyna nam wypominać bolesnych kwestii, naszych błędów, kiedy kierują nim pobudki inne niż sympatia.



Złośliwość w wykonaniu Rudej to po prostu styl bycia. Szkoda, że niewiele osób potrafi przyjąć ten fakt do swojej wiadomości :)





_________________________

Dzisiaj krótko, ale treściwie. Skoro wzrok przywiódł Cię aż tutaj – skrobnij parę słów. Będzie mi miło poznać Twoją opinię. ;)



Do następnego!
poniedziałek, 24 października 2016

Let's begin that sh... story

Do tej pory dostawaliście szczątkowe informacje, zajawki, migawki, urywki i takie tam inne bzdety. Wiedzieliście, że wiele się zmieni, a przynajmniej na to starałam się Was przygotować. Z samą sobą poszło nieco gorzej, no ale...
Czas rozwiać wszelkie wątpliwości i niedomówienia. It's time to face the truth, jak mawiał klasyk.

Podobno Rude są szalone. Podobno niczego się nie boją i do wszystkiego podchodzą z zimną krwią. Rudzi to podobno nawet duszy nie mają...
Sęk w tym, że te wszystkie "podobno" nie zawsze mają odzwierciedlenie w rzeczywistości. W moim przypadku na pewno nie wtedy, gdy uderza się w mój najczulszy punkt, czyli w rodzinę.

Zawsze byłam związana z rodzicami. Mogłam się z nimi kłócić, drzeć koty, dyskutować, narzekać, ale nigdy nikomu obcemu nie pozwoliłam powiedzieć na nich złego słowa. Z perspektywy czasu szczerze tego żałuję. Pomimo szacunku, którym ich darzyłam, oni potraktowali mnie całkowicie odwrotnie.
Z pewnych powodów (nie roztrząsajmy ich na forum), z jakimi spotyka się część "statystycznych Polaków", w połowie sierpnia zdecydowałam, że od października zamieszkam sama. I mnie, i im byłoby lżej. Bez niepotrzebnych spięć z matką, z ojcem o matkę itd. Nie chciałam walki, choć wiedziałam, że będzie. Wiedziałam, że będą źli, ale chciałam mieć miejsce, do którego będę mogła wrócić na te cholerne święta, żeby nie siedzieć samej w czterech ścianach. Sęk w tym, że w dzień deadline'u, jaki sobie wyznaczyłam, sytuacja obróciła się o 360 stopni. Grunt usunął mi się spod nóg, bo moja wyprowadzka została przyśpieszona na tę samą noc. Eksmisja załatwiona szybciej niż przez komornika. Nie na za dwa tygodnie, jak planowałam, jak oznajmiłam najspokojniejszym tonem, na jaki było mnie stać. W ten sam wieczór, płacząc jak bóbr, słysząc na swój temat najgorsze wyzwiska i nie mogąc się nawet odezwać pół słowem, w obawie o własną głowę, zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i (dosłownie) uciekłam do brata.

Po trzech nocach, przepłakanych popołudniach, treningu prawie do wycieńczenia, kolejnej konfrontacji z rodzicami... Zajechałam do Wrocławia. Mojej ostoi. Teraz tak mówię, ale początkowo białe ściany mnie przerażały. Ilość kartonów do rozpakowania. Całe życie, "posag" zapakowany w pierwsze lepsze pudła, worki, w cokolwiek, co było pod ręką. Mieszkam w nowym miejscu już drugi miesiąc, a jeszcze nie wszystkie manele zabrałam z bratowej piwnicy. Na raty, kiedy mam czas, wskakuję w pociąg, albo oni, oboje, brat z żoną, moja dwójka ratowników, podrzucają mi to i owo. Właśnie oni, w chwili, gdy wpadłam na głęboką wodę, podali mi rękę i przygotowali "paczkę dla powodzian". W tym przypadku słoiki z pysznościami i winem na gorsze wieczory.
A tych też było sporo. Nadal są. Przez pierwsze dwa tygodnie, po powrocie z pracy, zasypiałam płacząc w poduszkę. Z bezsilności, z bezradności, poczucia wszechogarniającej niemocy. Bo ileż można uśmiechać się do klientów w pracy i proponować kolejną kawę lub porcję obiadu na wynos? I ile razy można chować się w łazience, żeby uronić kilka łez tak, aby koledzy nie widzieli? Co prawda załatwiłam na prędce zaoczną szkołę, miałam jakieś oszczędności, ale byłam sama. Jak palec. "Najbliżsi" bliscy przynajmniej 30 km od Wro.Wtedy przemknęła mi myśl, że z silny ramieniem obok byłoby mi łatwiej. Wiem, że mam sporo problemów i kolejny w postaci mężczyzny nie jest mi potrzebny. Choć może... ?
Zostałam nawet bez ukochanego psa, on by umiał coś zaradzić na moje smutki. Ostatnio jak go zobaczyłam to się popłakałam. Cieszył się na mój widok, nie rozumiał, że jego mamusia już więcej go nie odwiedzi. Po prostu skakał z radości, że mnie widział.

Mijają dwa miesiące mojego "dorosłego i samodzielnego życia", a ja nadal zostawiam mokre ślady na klawiaturze. Czy przestanie boleć? Nie mam pojęcia. Wiem, że nie mam czego się wstydzić. Analizowałam z moimi starszymi bracholami sytuację po kilkadziesiąt razy i wiem, że chęć usamodzielnienia się nie jest niczym złym. Że nie skrzywdziłam nikogo, chcąc żyć ze spokojną głową i skupiając się na tym co ważne: nauce, pracy, a przede wszystkim wypracowując swoje własne szczęście.

Zatem, moi drodzy, nie bójcie się podejmowania ryzykownych kroków. Zwłaszcza, jeśli chodzi o Waszą przyszłość, bo ktoś może to zrobić za Was.

Polecam obejrzeć :)
sobota, 14 maja 2016

Przede mną siódme niebo

Nadszedł ten dzień, kiedy ostatecznie musiałam pożegnać się ze swoją adolescencją. Dzień, w którym obchodziłam swoje 20. urodziny.

Zawsze czekałam do osiemnastki. Trochę dorosłości, fajka czy piwko na legalu, prawo jazdy... Mówili mi, że po osiągnięciu tzw. dorosłości  czas  leci jak szalony.  Mogę przyznać całkowitą rację. Nim się obejrzałam, a podchodziłam do matury. Chwilę później pojechałam na wspaniałe wakacje, zaczęłam studia. 4 maja 2016 minął równo rok od mojego egzaminu dojrzałości. Kiedy ten czas tak uciekł? Mam wrażenie, że przecieka mi przez palce.

Co myślę z perspektywy bycia dwudziestolatką?

Nie było żadnego BUM, które zwaliłoby mnie 4 maja rano z łóżka, nie postanowiłam zmieniać całkowicie swojego świata. Do niektórych decyzji trzeba dojrzeć, inne myśli kiełkowały mi w głowie od dłuższego czasu. Zdecydowanie cieszę się z momentu życia, w którym się znajduję. Nie cofnęłabym czasu do, chociażby, imprez osiemnastkowych. Cieszę się z tego, co mam w głowie J Przez ten czas trochę się nauczyłam, poznałam nowe osoby, nabrałam doświadczenia (w różnych kwestiach życia). Stałam się pewniejsza siebie, a przede wszystkim poznałam swoją wartość i nie daję się „zakrzyczeć”.
 
Czego oczekuję?

Nie można oczekiwać zbyt wiele. Życie nauczyło mnie (brzmi poważnie :p) nieroszczeniowego podejścia do innych. Nie uważam, że coś mi się należy bo TAK. Nie oczekuję prezentów, ułatwiania pewnych spraw, nawet nadmiernej uprzejmości. Na wszystko w życiu trzeba sobie zapracować.
Zawsze powtarzam, że metryka mnie ogranicza. Będąc dwudziestolatką, często z przykrością, zdaję sobie sprawę, że mam więcej w głowie niż niejedna rówieśniczka. Poznając kogoś starszego (bez względu na płeć czy stanowisko) głupio mi się przyznać, że mam tylko 20-tkę na karku. Często stwarza to niepotrzebny dystans.
Jedynymi osobami, którym ten fakt nie przeszkadza, są moi bracia. Dla nich zawsze będę ich małą, słodką i kochaną siostrzyczką J
 
Mam sporo planów na przyszłość. Tą bliższą, w perspektywie  kilku miesięcy, jak i tą dalszą. Obecnie się zastanawiam nad podjęciem drugiego kierunku studiów. Jaki miałby być? Ciągle waham się w tej kwestii.
Do 30tki mam swój własny osobisty deadline – chciałabym mieć już do tej pory dziecko, najlepiej dwoje. :D A do tego (niestety i stety) – trzeba mieć męża. Obiecałam kiedyś sobie, że dzieci będę mieć tylko z miłością mojego życia.
Chciałabym się zakochać. Wiecie zapewne jakie cudowne jest to uczucie. Motylki w brzuchu, maślane oczy, wzdychanie, dobry humor… Na razie jednak daję sobie spokój. Co się odwlecze to nie uciecze. Może jak przestanę o tym myśleć to znajdzie się taki KTOŚ, który zabarwi mi nieco życie?
...poza tym za miesiąc sesja, więc tym bardziej powinnam się skupić na sobie :D
Całe życie przede mną. Jeszcze poznam prawdziwy smak studenckiego życia i imprez. Jeszcze wiele przede mną zmagań, znojów i trudów. Ale kto ma sobie poradzić jak nie ja?

Silna i niezależna, pracująca, znająca swoją wartość kobieta.
Oto ja. Ruda.
Dwudziestolatka.

 

 

„Dwudziestolatkom zawsze w pas się kłania świat, cały świat!

Cały świat, cudny świat! Ma jak my dwadzieścia lat!

 Jak my wszyscy ma dwadzieścia lat!”
czwartek, 28 kwietnia 2016

Nożem w serce


Kiedy czytamy o tym na portalach plotkarskich – nie rusza nas. Kiedy opowiada koleżanka, że koleżanki kuzynki facet… Nie rusza nas. Jednak kiedy dotknie nas osobiście – wtedy zastanawiamy się – dlaczego ja? Czemu on mi to zrobił?
Tylko z drugiej strony – dlaczego nie popatrzymy na siebie?
Zdrada. Co, jak, kiedy, dlaczego, kto i z kim. Odpowiedź znajdziecie poniżej                                                                                       

Garść statystyk i mądrości na temat

Helen Fisher, amerykańska antropolog, przekonuje, że zdrada jest równie naturalna jak robienie zakupów i zdarza się nawet najbardziej kochającym się parom.
I, o dziwo, kobiety zdradzają niemal tak często jak mężczyźni.
76% - tyle wynosi prawdopodobieństwo popełnienia zdrady przez któregoś z partnerów.

Zdziwieni?

Co więcej, Helen Fisher twierdzi, że zdrada istniała i istnieje od zawsze, w każdej możliwej kulturze i cywilizacji. Okazuje się, iż jesteśmy niewierni z natury. Z kolei zdaniem seksuologów nie ma związku, w którym nie ma ryzyka zdrady.


Mężczyźni a kobiety

Powszechnie panującym stereotypem jest mężczyzna zdradzający swoją partnerkę życiową. Mężczyzna zdobywca, udowadnia sobie i innym, że jeszcze może zdobyć każdą i zrobić z nią co zechce. Zdradzający mężczyzna jest jak dziecko, które zakradło się do kuchni, gdzie leżą ciasteczka. Zje je, chociaż nie jest głodny. Owszem, często spotyka się taką sytuację. Jednak, jak pokazują powyższe badania, które przybliżyłam, kobiety zdradzają równie często co płeć brzydka. Różnica jednak jest zasadnicza. Co motywuje je do tego czynu? Zwykle zmęczenie swoimi rolami życiowymi: byciem żoną, matką, sprzątaczką, kucharką w jednym oraz (co wynika z moich osobistych obserwacji) rutyna w sypialni.

Pozwólcie mi teraz, że zabawię się w adwokata diabła…

Że mężczyźni są źli, wredni, podli, egoistyczni, zapatrzeni w siebie i w ogóle świnie z nich – wszystkie wiemy. Sami podkreślają, że nie jest im pisane życie w monogamii. Oczywiście.
Jednak jak wygląda zdrada ze strony kobiety?
Do przysłowiowej „kuchni”, którą przytoczyłam wyżej, kobiety przywodzi do tej kuchni głównie głód: miłości, akceptacji, intymności.
Wyobraźcie sobie, że w waszym życiu jest ktoś, kto jest cudowną osobą, daje wam poczucie, że jesteście piękne, wymarzone i wyśnione. Osoba, która karmi was bajkami o wspólnej przyszłości i o tym, że stara się, aby ta przyszłość była łatwiejsza.
Więc wyobraźcie sobie, że te bajki są tylko bajkami, a w dodatku pisanymi patykiem na wodzie. Macie?
Serce ból ściska, kiedy koleszko chwali się przed znajomymi, że wyrwał fajną dupę, młodą, zgrabną, zabawną. Rodzice ją lubią. Ba, co lepsze, rodzice siebie nawzajem lubią!
W rzeczywistości potrafi sprowadzić cię do poziomu zero, bo przecież nie wiesz, co to znaczy pracować  dzień w dzień, co to znaczy nie mieć kasy w domu, że w ogóle mało wiesz o życiu, a on wszystko wie najlepiej i najlepiej też na wszystkim się zna. Z czasem odebranie telefonu czy napisanie smsa w ciągu dnia staje się problemem nie do przeskoczenia. Ale przecież pracuje, nie ma czasu, robi dla wszystko dla nas, żeby było łatwiej.
Widzicie różnicę? Czy takie zachowanie nazwalibyście patrzeniem na wspólną przyszłość?
A przede wszystkim: jakich NAS? W tym punkcie „nas” już mentalnie nie ma, jest tylko oficjalny stempel, metka, na której jest napisane, że ta się spotyka z tym, a tamten z nią.
Dalej, wyobraźcie sobie zatem, że pojawia się taki ktoś. Ten ktoś, który jest inteligentny, łapie w lot wasze żarty, ma szerokie zainteresowania, PRACUJE, ma czas na pasje, a przy okazji jest mega przystojniakiem z silnymi ramionami i szerokim uśmiechem. Macie już przed oczami jego obraz?
Bronisz się, kiedy na drugim spotkaniu ryzykuje dotyk. Ryzykuje, aczkolwiek jest pewny swojego, bo przecież wyrażasz chęci do czegoś więcej. Śmiejesz się, bawisz włosami, flirtujesz… Po wymianie uścisków uciekasz, wyznając szybko po drodze, że tak naprawdę nie jesteś wolna. Macie szczęście, jeśli facet faktycznie ma poukładane w głowie. Co lepsze, dziwisz się, że taki błyskotliwy osobnik rozwiązuje twój problem. „Tak się zachowuje facet, który traktuje cię jak przyszłą żonę? Tak się traktuje najgorsze ścierwo, nawet laski spod latarni dostają więcej szacunku.”


Nawet najbardziej stanowcza kobieta, z najbardziej stalowymi zasadami na świecie – ulegnie. Kiedy w zamian dostanie czułość – mentalną i fizyczną. Nawet nie obiecując sobie wzajemnie niczego – chwila zapomnienia, relaksu, śmiechu odmienia ponure oblicze uciśnionej damy.
Nie chcę nikogo usprawiedliwiać, zdrada to zdrada i uważam, że chcąc wkroczyć w kolejną relację, należy zamknąć poprzednie sprawy. Jestem jednak w stanie zrozumieć kobiety, które pomimo wysiłku wkładanego w tzw. „związek” nie widzą efektów i szukają pomocy w ramionach innego.

Zdradę można uznać za błąd. Owszem, często rzutuje na nasze dalsze życie. Często jednak jest to błąd, który pozwala przejrzeć na oczy i wyrwać z impasu.

 

 
czwartek, 18 lutego 2016

Jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie...

          Wbrew pozorom, które narzuca tytuł, religijnie wcale nie będzie. Wręcz przeciwnie. Przykładem dla mojego wywodu będzie tym razem sytuacja z mojego osobistego życia. Jak zawsze: bez nazwisk, imion itd. Mam nadzieję, że mój przekaz do Was dotrze i wyciągniecie coś dla siebie... z tej mojej lekcji.

Dziewczyno (tak, ty, bo do ciebie się najpierw kieruję - podobno tego wymaga kultura). Czytaj uważnie. Zaproś przy okazji swojego mężczyznę, jemu też się to przyda.

Zdarza się czasem tak, że jest ktoś, kogo znacie całe życie, bądź ten ktoś zna was od pieluch, albo po prostu - kręci się gdzieś w okolicy i wasza znajomość opiera się na zwykłym "cześć-cześć" na ulicy.
Zdarza się pewnie też tak, że to zwykłe "cześć" zamienia się w coś dłuższego, w rozmowę, rozpoczętą przez przypadek w sklepie, w serię smsów, w spacer, długie wymiany pocałunków...
Kojarzycie sytuację?
Takie coś przytrafiło się też Rudej. Zaraz zaczniecie się śmiać, że kolejny facet pojawia się w moim życiu, że jeszcze poprzedniego związku dobrze nie zakończyłam, a tu proszę, wpadła jak śliwka w kompot. Bez oceniania proszę. Zdaję sobie sprawę z własnych błędów... Młoda jestem. Jeszcze mogę.
Wracając do tematu... Chciałam zrobić sobie przerwę od facetów. Poprzedni "związek" okazał się totalnym niewypałem, ale natrafił się ON. Znamy się niby od lat, jednak nigdy nie mieliśmy szansy na dłuższą rozmowę. Kiedyś traktowałam go bardziej jak brata (mam mnóstwo przyszywanych sióstr i braci, o tym może innym razem), później po prostu jako sąsiada. Zaczepiłam go u mnie w sklepie. Zniknął mi z oczu na jakiś czas i po prostu byłam ciekawa, gdzie się podziewał. Następnym razem wymieniliśmy się numerami. Nie powiem, zaskoczył mnie pocałunkiem. Całą masą. Nigdy w swoim życiu nie miałam takiego moralniaka. Niby tamten od miesiąca mnie olewał i "nie miałby pretensji, gdybym go zostawiła", ale też nie zamknęłam historii zdaniem "to koniec". Miałam takie poczucie obowiązku obywatelskiego. Nie było mi jednak dane. Kolejny spacer, kolejne pocałunki, postawiony krok dalej. Smsy na dzień dobry, na dobranoc, komplementy... Nie chciałam związku, chciałam odpoczynku, szukałam pocieszenia i początkowy pomysł zrobienia z niego "kolegi od potrzeb" (mówiąc delikatnie, oczywiście) nie wydawał się taki głupi.
Któregoś razu spytałam go czego tak właściwie ode mnie chce: czegoś konkretnego czy po prostu chce mnie zaliczyć? Wolałam usłyszeć wprost, nie robić sobie (nie daj Boże) jakichś złudnych nadziei.
Zaczął mówić, że chce, żebym do niego wyjechała (nie pracuje w kraju, na kilka miesięcy w roku zjeżdża do domu), żebym szybko skończyła szkołę, że przyjadę na wakacje, rodzina, dzieci, zwierzęta, etc, etc...
Uległam. Uwierzyłam.
Szybko wylądowaliśmy tam, gdzie prowadzi temperament dwóch wariatów.
Nie powiem... ogień. Za każdym razem. Bez względu na poświęconą ilość czasu, miejsce i początkowe chęci. Zawsze.
Tylko co z tego? Mój temperament często mnie gubi.
Nawet, jeśli się o coś na niego obraziłam (a nie robię tego bez powodu), zawsze, ale to zawsze mu ulegałam. Mam mu mnóstwo rzeczy do powiedzenia, często przykrych, do zarzucenia: że mnie zaniedbuje, że nie kocha, że nie stara się, że nie ma czasu...
Wiem, że przyjdzie, a ja i tak mu ulegnę.
Raz jedyny w życiu tak miałam, sami pewnie wiecie jaki czas temu to było. To się chyba nazywa miłość. Szkoda, że w moim wydaniu jest tak nierozważna.

Dlatego, drogie Panie! Zdaję sobie sprawę, że niektóre z was są tak samo walnięte jak ja. Czasem jednak trzeba strzelić focha, nawet jeśli nie lubicie się kłócić. Facet musi zrozumieć, że musi się starać.
Także macica na supełek.

Drodzy Mężczyźni! Życie z wami wyprowadza mnie z równowagi, ale bez was byłoby tragicznie nudne. Pamiętajcie jednak, że cudowny seks nigdy nie zastąpi choćby pięciu minut przytulenia dziennie.


P. S. Trzymajcie za mnie kciuki, przede mną ciężka konfrontacja. Mam nadzieję, że w końcu uda mi się wyrzucić to co mi leży na sercu (czy też innym organie...).
...i że mój Mężczyzna jednak okaże się odpowiedzialnym mężczyzną. Mężczyzną, który będzie moim do końca.

P. P. S. Zapraszam na Facebook'a Rudej: https://web.facebook.com/RudawWielkimMiescie/?ref=aymt_homepage_panel oraz na Instagram: @rudainthecity

:)
czwartek, 19 listopada 2015

Siłaczka

Mniej więcej rok temu wydarzyło się kilka rzeczy, które, miałam nadzieję, nigdy nie nastąpią. Moje serce zostało wyrwane przez jakąś nieznaną siłę z piersi, zgniecione i rozdeptane na drobny pył. Przepłakałam kilka miesięcy, owszem. Pomimo tego potrafiłam zająć się swoimi sprawami: sprzątaniem, psem, pracą, nauką... Przeżyłam. Później popełniłam kilka głupot, ale, jak to mówią... shit happens.

Rok po tym sytuacja się powtarza. Co prawda w troszkę innym anturażu, dołożyły się problemy domowe (a raczej zwiększyły) i już nie jest mi tak łatwo. Wszystko mnie drażni. Trudność sprawia mi przeczytanie najkrótszego tekstu czy rozwiązanie banalnego zadania. Nie mogę się skupić na nauce. 

Nasuwa mi się więc pytanie: ile człowiek jest w stanie znieść? Jak wiele udźwigną jego barki? Ilu przeciwnościom jest w stanie się postawić? Jak długo los jest w stanie nas doświadczać?

Brak mi motywacji, a co gorsza chęci do walki. Bez wsparcia, jakiegokolwiek, wcale nie jest tak łatwo. 

Syty głodnego nigdy nie zrozumie.
środa, 8 lipca 2015

Mądry Polak po szkodzie, czyli jak popełniać błędy na własną rękę

Od małego słyszymy, co robić, jak postępować, a czego unikać jak ognia. Mama mówi, żeby wkładać długie bluzki, bo przeziębisz nerki. Tata zakazuje wracać po 22 do domu, bo o 22:01 na pewno ktoś zrobi nam krzywdę. Brat straszy złapaniem "wilka", gdy będziesz siadać na zimnym. Babcia zmusza do jedzenia surówki - przecież jest taaaka zdrowa. A koleżanki przestrzegają przed całowaniem się na pierwszej randce.
Przykładów można mnożyć w nieskończoność. Owszem, niekiedy mają rację. Tylko że nie zawsze da się nauczyć na cudzych błędach. Dzisiaj post o przesuwaniu własnych granic i wyciąganiu wniosków z doświadczeń.

Chrzanić innych, ja wiem lepiej!


Słysząc po raz kolejny te same farmazony, mówiąc kolokwialnie, rzygać mi się chce.
Owszem, potrafię czerpać z doświadczeń innych. Nie jest jednak powiedziane, że sama kiedyś nie postąpię jak ktoś tam. Owszem, potrafię uczyć się na cudzych błędach. Tylko czy będę miała o czym opowiadać wnukom?
Pewnie pamiętacie jak równo rok temu narzekałam w moich wpisach na szefa? Nienawidzę go do tej pory, klnę  jak szewc, jeśli ktoś wywoła w rozmowie jego temat. Jednak dzięki takiemu skurwysynowi wiem, że w kolejnej konfrontacji z nim bądź kimś jego pokroju pozwoliłabym sobie na więcej. Wtedy byłam jeszcze za grzeczna. Dzięki niemu też uodporniłam się na chamstwo i wulgarność, a dokładniej jej wydanie, które szczególnie mi nie odpowiada.
Tak samo jest z moją szkołą. Ludzie miauczą, że nauczyciele nas cisną, że za dużo wymagają, że nikomu więcej tej szkoły nie polecą. Owszem, mnie też zdarzało się marudzić, że nie wyrabiam itd. Ale ludzie! Liceum piąte w województwie! Czego się spodziewacie? Że będziecie dostawać piątki za rysowanie choinek? Może z szacunkiem do uczniów różnie bywało, zgadzam się. Jednak dzięki tej placówce nauczyłam się samodyscypliny (codzienne wstawanie o 5 rano) i jako takiej organizacji czasu. Szkołę polecę dalej, gdyż chociażby historyków mamy niesamowitych. Zastrzegę jednak, że to nie miejsce dla słabiaków i że na prawdę trzeba spinać poślady, aby się utrzymać. Na studiach taryfy ulgowej nie będzie. 

Uważam, że wszystko jest dla ludzi, wszystkiego w życiu trzeba spróbować. Różnie przecież bywa. Jedyną rzeczą, której wiem, że nigdy nie spróbuję, są narkotyki. Chcesz sobie skręcić blanta i zajarać? Spoko, nie ma problemu. Korci cię, żeby wciągnąć kreskę? Twoja sprawa. Nie popieram, ale to Twoje życie. Jeśli zabrniesz za daleko, będziesz potrzebować pomocy - przyjdź, napisz. Pomogę. Czujesz powołanie, chcesz poświęcić życie służbie Bogu? Nie ma sprawy. Jeśli faktycznie tak bardzo wierzysz - leć jak w dym. U mnie drzwi zawsze są otwarte.

"Ty jak zawsze robisz po swojemu! Mówiłam ci!"


Słyszeliście kiedyś o portalach randkowych? Z pewnością, wszędzie roi się od reklam.
Pamiętam, ile razy się nasłuchałam, że to szczyt desperacji - rejestrowanie się na takiej stronce. Ile razy przestrzegano mnie, że skoro facet szuka laski w internecie to na bank jest z nim coś nie tak. I tu was zaskoczę: mój ostatni chłopak, z którym co prawda niedawno się rozstałam, został wynaleziony na jednym z portali. W zasadzie to on wypatrzył mnie. Jak na "faceta z internetu" trafiłam całkiem nieźle. Zdecydowanie lepiej niż ostatnim razem. Poznałam kilku ciekawych osobników, z niektórymi się spotkałam, z innymi wyszło coś więcej, z jeszcze kolejnymi utrzymuję kontakt na stopie koleżeńskiej, bo najzwyczajniej w świecie są sympatyczni i dobrze mi się z nimi rozmawia. Jakie wnioski wyciągnęłam z mojego występku? Na pewno jednym z nim jest to, że każdy zasługuje na miłość :) Jakkolwiek górnolotnie to brzmi - ludzie tam zarejestrowani szukają szczęścia, do którego wszyscy mają prawo. Ja potrzebowałam pocieszenia po złamaniu serca. Podniosłam swoją samoocenę, przybyło mi śmiałości w kontaktach z mężczyznami. Nie powiem, jeden potraktował mnie niezbyt grzecznie. Jasne, było mi przykro. Przez tydzień, może dwa. Nie wyobrazicie sobie jednak, jak często słyszałam:
"Ja wiedziałam/wiedziałem, że tak będzie! Nigdy mnie nie słuchasz" od znajomych. Kurczę, co z tego? No risk, no fun. Gadam jak typowy gimbus, jednak trochę w tym racji. Jeśli nie spróbowałabym się spotkać z jednym, drugim czy piętnastym, mogłabym przegapić szansę, na jakąś ciekawą relację.




Nikt nie przeżyje życia za Ciebie


Każdy decyduje o sobie. Po coś mamy wolną wolę. Trzeba czerpać z życia garściami, ułożyć je po swojemu, bez względu czy komuś się podoba czy nie. Próbuj nowych smaków, nowych doznań. Kto wie, co przyniesie los? Chcesz udać się w niezapomnianą podróż? Pakuj plecak i śmigaj na wylotówkę z miasta. Masz ochotę zaszaleć na imprezie? Upij się. Nikt ci nie zabroni. Chcesz spróbować przygodnego seksu z nowo poznanym facetem? Proszę bardzo, tylko kupcie sobie gumki.
Sama jadę na wakacje, które, mam nadzieję, będą wyjazdem życia. Uwierzcie mi, będę korzystać z urlopu pełną piersią. 
Popełniajmy błędy na własną rękę. Szalejmy, z dozą rozsądku. Pamiętajmy, że życie mamy jedno i nikt go za nas nie przeżyje.




poniedziałek, 1 czerwca 2015

Kraj lat dziecinnych

Do stworzenia tego posta zainspirował mnie reportaż Filipa Chajzera, który dotyczył Dnia Dziecka.
Owy reporter pytał młodszych i starszych jak chcieliby spędzić ten dzień. Większość dzieciaków odpowiadała bardzo standardowo, jak na "dzisiejsze czasy": chcieliby grać na play'u, na komputerze, jeść lody i chipsy. Nie zdziwiło mnie to jakoś szczególnie. Jednak najpiękniejszym marzeniem  spędzonego dnia jako dziecko podzieliła się starsza pani: chciałaby być z rodzicami. Bo, jak podsumował Chajzer, dziećmi jesteśmy dopóty, dopóki mamy rodziców. Mam nadzieję, że ja tym dzieciakiem zostanę jeszcze długi czas :)
Sama się rozmarzyłam.

Jak bym chciała spędzić dzień jeśli znów byłabym dzieckiem?

Zdecydowanie cały dzień na dworze. Gry w klasy, skakanie na gumie, skakance, kręcenie hula-hop. Zjadłabym ogromne lody budząc sukienkę i całą buzię. Drugie pół dnia pływałabym na basenie. Ale przede wszystkim cały ten czas byłabym z rodzicami i moimi braćmi. Mimo że są dużo starsi to i tak lubili się bawić ze swoją małą siostrzyczką :)

Bo jesteśmy dziećmi tak długo, jak długo mamy swoich rodziców.

Czemu nam tak spieszno do dorosłości?

Chcemy więcej. Móc wrócić do domu później niż zaraz po zmierzchu. Oglądać filmy dozwolone od 16. r.ż. Jeść więcej słodyczy, jeśli tylko zechcemy. Ubierać się tak, jak mamy ochotę. Jako kilkulatki nie zdajemy sobie sprawy, że życie dorosłych nie jest takie proste. Chętnie sama wróciłabym do lat dziecięcych. Wszystko było takie beztroskie. Nie trzeba było podejmować ważnych decyzji, gdyż najtrudniejszą z nich było dobranie się w drużyny, żeby w coś pograć na podwórku. Teraz, będąc już dorosłą, ale dopiero u progu samodzielności, marzy mi się bezkarne wiszenie na trzepaku, huśtanie na huśtawce i brudzenie czekoladą. Zawsze można sobie przypomnieć dzieciństwo, chociażby oglądając z babcią stare zdjęcia ;)

Jedno na pewno się nie zmieni nigdy: dzieci chcą być dorosłymi a dorośli dziećmi. :)

piątek, 13 marca 2015

Gdzie te chłopy???

Re-bloguję mój wpis dla Klubu Szalonych Dziewic. Spodobał się odbiorcom, tak więc wrzucam też do siebie :) Miłego czytania! :)

Ostrzeżenie dla  Panów: zastanówcie się przed rozpoczęciem czytania. Tekst może spowodować ból dumy i waszego ego :) Enjoy ;>


Z okazji niedawno obchodzonego święta mężczyzn, skłoniłam się do pewnej refleksji:

Czy prawdziwi mężczyźni jeszcze istnieją?

Idealny mężczyzna potrafi zająć się domem, naprawić auto, zająć się dziećmi, gotować, dobrze się ubiera, świetnie pachnie, wygląda jak młody bóg, a w łóżku jest kochankiem doskonałym. Ale umówmy się... Ideały nie istnieją.

Kobiety często szukają faceta na wzór swojego ojca. Jako że wychowywałam się jeszcze z ekstra dwójką (starsi bracia), męski świat nie jest mi obcy. Mój tata potrafi gotować, ogarnia rzeczy techniczne, zawsze się starał, żeby było nam w domu dobrze. Jeśli chodzi o wygląd to cała trójka wyrosła na porządnych chłopów. Silni, dobrze zbudowani, zadbani. Patrząc na ulice, czy chociażby na ludzi z mojej szkoły wołam "Przywróćcie obowiązkową służbę wojskową!".
Rozumiem, trzeba o siebie dbać. Być ogolonym, bo pracodawca patrzy, albo użyć kremu do rąk, bo dziewczyna się denerwuje jak musi czuć na twarzy tarkę. Ale panowie! Solarium? Obcisłe bluzeczki z dekoltem? Litości!

Żebym nie wyszła na powierzchowną lalę wspomnę jeszcze o charakterze. Mnie osobiście najbardziej irytuje i doprowadza do szewskiej pasji brak odpowiedzialności. Kiedyś jak facet zrobił dziewczynie dziecko to był zmuszony do ślubu, więc prędzej czy później musiał ogarnąć dupę i się nimi zająć. Dosyć radykalne podejście. Co nie zmienia faktu, że młoda matka nie zostawała sama. Teraz? Teraz nie mają krzty szacunku do kobiety. Może to też po części nasza wina, tylko dlaczego my, które chcemy uczucia i stabilności, musimy ponosić karę za kilka wyzwolonych koleżanek? Koleś daje nadzieję, przymila się, a później zostawia bez słowa mówiąc, że możecie zostać tylko przyjaciółmi. W momencie, gdy już przekonałaś sama siebie, że może jednak warto zaryzykować. Śmiech na sali, drodzy państwo. Takim chętnie zaserwowałabym kastrację bez znieczulenia. Przyjaźń po koszu nie istnieje, już się przekonałam.

Ostatnio stwierdziłam, że albo wszyscy faceci to chuje, albo po prostu tacy kochani jak mój średni brat wyginęli. Bo wiecie, skoro już macie te pół mózgu (którego podobno my kobiety nie mamy wcale) to go używajcie, a nie myślcie tylko swym ch**em ;)


Zatem apeluję! Panowie! Gdziekolwiek się podziewacie (na rybach, w lasach czy też w marketach budowlanych jak ostatnio usłyszałam) - ujawnijcie się i przywróćcie nam wiarę w męski ród.


Pozdrawiam!
/zła, zmęczona, chora i rozgoryczona Ruda.

P.S. Zapraszam na Facebookowego bloga, którego współprowadzę  :D
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Szanuj siebie samego jak bliźniego

Szacunek - wg słownika języka polskiego PWN - stosunek do osób lub rzeczy uważanych za wartościowe i godne uznania.

Co jest godne uznania? Kogo powinniśmy szanować? O tym właśnie dzisiejszy wpis.

Pozwolę przytoczyć sobie pewną sytuację z mojego otoczenia. 
Mój dobry kolega jakiś czas temu dowiedział się, że jego koleżanka ze szkoły się w nim kocha. Laska sama mu to powiedziała. Od początku wiedział, że nic z tego nie będzie (pozwolę sobie pominąć powody). Przyszedł sylwester, na którym bawili się wspólnie. Dosłownie - bawili się.
Jako jedyna spała u niego (impreza była u sąsiada prawie zza płota), bo reszta została porozwożona po domach. Normalnie wygadana, wręcz wyszczekana dziewczyna, która zawsze potrafi każdego "przekrzyczeć" przy nim momentalnie milknie (i nie przytaczam tu tylko relacji kumpla, widziałam to ostatnio na własne oczy). O tym, że ją "wykorzystał" (bo w sumie aż tak poważnie się nie działo) dowiedziałam się będąc na swoim szalonym zimowym tripie w górach. Dostał zjebki (delikatnie ujmując), bo niepotrzebnie jej w głowie mąci, takie tam...
Ale, ale! Historia się nie kończy. Oprócz kawy, spaceru i kolejnego obmacywania w parku (głupi on, głupi...) jest jeszcze studniówka. Chciała z nim iść, ale on miał iść z jakąś inną, poszedł w ogóle z kim innym... Nie ważne. Dzień wcześniej ziomek powiedział jej, że nic nie będzie między nimi i żeby dała sobie spokój. Co się działo później? Laska najpierw płakała na niego (dosłownie - na niego, bo zasmarkała mu ramię), a później zaczęła się znowu z nim całować. Na studniówce. Przy wszystkich. 
Jedynym zdaniem, które byłam wstanie wtedy wypowiedzieć to: FUCK LOGIC!

Wiem, wiem, wiem... Dziewczyna zakochała się, owszem, miłość płata figle. Jednak skoro wie, a nie tylko domyśla się, że gościu jej nie chce to w życiu nie powinna sobie pozwalać na ponawianie takich zachowań, jakie przytoczyłam wyżej. Inna sprawa, iż mój drogi kolega zachowuje się jak typowa baba (w ciąży!) - mówi jedno a robi drugie. Pomijając jednak jego zachowanie, na miejscu tej laski, mając trochę oleju w głowie, nie podbijałabym już do takiego ziomka. 

Z resztą, gdzie tu daleko szukać. Sama święta nie jestem. Pouczam, a popełniałam podobne błędy. Na szczęście nie tyle, ile chciałam, bo mam świetne ograniczniki (moje psiapsióły). Oczywiście, wiele razy miałam już otwarte okienko czatu i chciałam pisać do mojego byłego. Ograniczyłam się do zadzwonienia przed świętami (i tak za dużo). Czytając nasze rozmowy przypomniałam sobie coś, co mówiłam mu dosyć często (wyśmiewając jego "sezonową" laskę): byłe dziewczyny to desperatki.
-Ale ja dalej nie rozumiem, dlaczego, wytłumacz mi. - udawał głupiego
-To proste - one ciebie nie mają, a ja tak. 
Sama siebie wkopałam, nie przewidując porzucenia. W sumie to ta jego była dawała mi powody do wyśmiewania. Spotykali się ze sobą ... właściwie tylko dla seksu, a jak się rozeszli, ta wypisywała, że ma ochotę na niego, żeby do niej przyjechał, tirarira.


Także drogie Panie (Panowie również, chociaż chyba więcej kobiet do mnie zagląda)!
Szanujmy siebie! Skoro ktoś nie zasługuje na nasze uczucia, starania i traktuje nas źle, czemu miałybyśmy się dalej upokarzać? Najważniejsze jesteśmy MY, nasze ciało, nasz umysł i to jak się ze sobą czujemy. 



Be yourself, trust yourself, never give up. 


Wracając do opowieści kolegi...
...
Szkoda dziewczyny. Zwłaszcza, że jest ruda (a rude podobno inteligentne - chyba nie w tym przypadku).




Pozdrawiam i życzę udanej walki o samą siebie!






wtorek, 30 grudnia 2014

Będzie się działo...

Święta, święta i po świętach.
Dobrze, że się skończyły. Każdego dnia - pełna chata ludzi. Starałam się "uciekać", ale daleko we własnym mieszkaniu się nie skryję... A ilość zjedzonych ryb i galaret (wszystko w przeróżnych kombinacjach) starczą mi do końca następnego roku. Jedynym wysiłkiem intelektualnym w tym czasie było przeczytanie jakże wspaniałej "Dżumy"Alberta Camusa...a raczej zaledwie kilku stron.
Wielką nadzieję pokładam w podróży pociągiem do miejsca sylwestrowej zabawy i z powrotem do domu. Zajmie ona po ponad dwie godziny i mam zamiar aktywnie je wykorzystać. I nie, nie mam na myśli gadania z 2/4 składu "Seksu".

Świętowanie zepsuło mi również oczekiwanie na pewnego osobnika...
Tak, właśnie, mój (już -stety/niestety) były miał się u mnie pojawić. "Skąd propozycja wizyty?", "Zaczął gadać ludzkim głosem?", pewnie się zastanawiacie. A to ja, tylko ja, głupia, mała, ruda ja, zadzwoniłam do tego geniusza dzień przed Wigilią. Również aby złożyć mu życzenia, ale także z przypomnieniem, coby po swoje rzeczy przyszedł. Byle szybko, bo wyjeżdżam.
-A gdzie wyjeżdżasz? - spytał zaciekawiony
-W góry na Sylwestra i nie wiem, kiedy wracam. (Jedź ze mną, albo się pierdol. Byle nie z kimś)
-To może w święta przyjdę (...)
Tą oto znamienitą rozmową narobił mi nadziei (co to niby matką głupich jest), że jednak się zobaczymy. Nawet nie próbujcie sobie wyobrazić (użyjcie jej do przyjemniejszych celów), co się działo z moim sercem, kiedy go w końcu usłyszałam...


"Nowy rok - nowa ja"

Genialna sprawa... Serio. Teraz bez hejtu.
Zmiany zawsze traktowałam jako coś pozytywnego. Nawet jeśli nie przynoszą wiele dobrego, potrafię wyciągać z nich wnioski na przyszłość. 
Widzę wiele wpisów, komentarzy, które wyśmiewają to postanowienie. Owszem, nie ma co się nastawiać, że wybije godzina dwunasta w nocy i nagle, w pierwszej minucie Nowego Roku będziemy zupełnie innymi osobami. Nie, nie, nie, tak to nie działa... Mamy przecież cały rok na zmienianie siebie, walkę ze słabościami etc, etc...

Patrząc na samą siebie przez pryzmat ostatniego roku... Co tu wiele mówić... Jestem z siebie dumna :D
A tak poważnie: dużo się u mnie działo, dużo też zmieniło. Dobre, złe, złe na dobre... Różnie. Ja też. Zdecydowanie sporo przeżyłam, jednak niczego nie żałuję. Ok, może nie niczego... jednak zawsze wychodzę z założenia, że lepiej spróbować i żałować próby, niż tego, że się nie próbowało wcale.
Znalazłam pracę, dzięki Bogu podniosłam swoje poczucie wartości, znalazłam miłość (nie ważne, że całe gówno teraz z tego mam...). Zdecydowanie się rozwinęłam wewnętrznie.

Czy 2014 był lepszy niż 2013?
Zdecydowane TAK. Nie żegnałam się z bardziej lub mniej bliskimi osobami/członkami rodziny.
27 grudnia minął rok, od kiedy musieliśmy uśpić naszego ukochanego 14-letniego psa Rambusia.
Wtedy płakaliśmy jak bobry, aż po miesiącu (bez jednego dnia) przygarnęliśmy kolejnego chłopczyka - labradora imieniem Aslan :) Kiedyś wrzucę jakieś foteczki, może przy okazji postu o robieniu PR-u na słodkich pyszczkach zwierząt ;)

Aha! Zapomniałabym!
Dowiedziałam się, że wokół siebie mam wspaniałych ludzi, którzy w każdym momencie służą mi silnym ramieniem, pomocną dłonią, blachą ciasta i kielichem na pocieszenie ;)


Nie porwę się na jakieś mega podsumowania końcoworoczne. Nie stworzę też całej listy postanowień noworocznych. Moje postanowienia w pewnym stopniu powielają życzenia świąteczne.
Chcę zdać maturę, najchętniej dostać się na studia i (może) wynieść się z domu, już na własne. Znaleźć miłość, a jeśli nie miłość to przynajmniej świetnie się bawić na wakacjach (prawdopodobnie uciekam z kraju, aby zwiększyć PKB innego... ).


Ostatni post (o świętach Bożego Narodzenia właśnie) okazał się bardzo "czytliwym". Skłoniło mnie to do stworzenia oficjalnego Fan Pejdża Rudej na Facebook'u. Serdecznie Was tam zapraszam!



Moi drodzy! Szampańskiej zabawy! I pamiętajcie: macie całe 12 miesięcy na wojaże, także ostrożnie :)






czwartek, 25 grudnia 2014

Jeszcze zdążę! - czyli wigilijne last minute

Nie każdy lubi święta. To fakt.
Sama zaliczam się do tej bardziej lub mniej zaszczytnej grupy. 
Zauważyłam podnoszący się ogólnonarodowy hejt na Boże Narodzenie. Ale skąd się to wzięło?
Bronię się na wstępie - wyjątkowo w tym roku nawet za bardzo nie marudziłam i starałam się trzymać gębę na kłódkę. Miałam inne problemy, więc te świąteczne zepchnęłam na boczny tor.
Ileż można słuchać świątecznych reklam o promocjach na karpia za 9.99 zł?
"Last Christmas" po raz miliardowy od urodzenia?
Ilość świeczek w kształcie choinek, bałwanków, czekoladowe mikołajki zalegające na sklepowych półkach od początku listopada. Lepienie uszek i pierogów do wigilijnego wieczora. Kupowanie i pakowanie prezentów na ostatnią chwilę. Kłótnie ze wszystkimi dookoła, o wszystko. A kolędy? Te działają na mnie jak płachta na byka. Gorzej, kiedy w domu mama zaczyna je śpiewać. W tym roku dołączyła do niej babcia ... Także wyobraźcie sobie. Mnie. W roli byka (w zasadzie jestem zodiakalnym bykiem, co może tłumaczyć niektóre zachowania).

Po co to wszystko? Dla kilku godzin wigilijnej kolacji? Chwili bardziej lub mniej szczerych życzeń, uścisków? Później i tak nie możesz patrzeć na całe jedzenie, które gotujesz od tygodnia, a przez następny będziesz je w siebie wciskać. 
W tym roku nawet ze sprzątaniem nie wyszło mi tak, jakbym chciała. Zamiast tego uciekam do łóżka (o ile to możliwe) i próbuję odespać ostatnie 12 miesięcy. Niejaką ucieczkę gwarantuje mi piesia (sunia) sąsiadki, którą się opiekuję przez dwa dni.
W ferworze przedświątecznej krzątaniny bardzo chętnie wyrwałam się na szybki szalony trip do Wrocławia. 
Pamiętacie mojego kolegę, który był w Grecji, tego z wpisu o pewnikach?
Zapomniałam, że jest z nim tak fajnie. Potrzeba mi było trochę rozrywki, pośmiania się ze wszystkiego.

U mnie Bożonarodzeniowy Hejt zaczął się...w zasadzie kilka lat temu. Za dzieciaka było jeszcze nieźle. Mimo iż ledwo pamiętałam moich dziadków (rodzice mamy), rodzina potrafiła mi jakoś wynagrodzić ich brak. Z resztą, jak na inteligentną małą dziewczynkę ( :)) wyjaśniłam sobie parę spraw. Kilka lat temu wyprowadzili się moi bracia. Dzień przed Wigilią. Od tej pory święta tylko z rodzicami nie cieszą mnie. Owszem, średni brat przychodzi z żoną (później), teraz z moim chrześniakiem. Ale co z tego? Posiedzą, pogadają, a my znowu zostajemy sami "jak te na weselu". 

Ehh... Mój brat mawia, że zmieni mi się, kiedy sama założę rodzinę. Skoro on tak mówi (a brat prawie zawsze, z małymi wyjątkami, ma rację ;)) pewnie tak się stanie.

Co najbardziej mnie śmieszy?? Wysyp świątecznych selfie
Zyliard zdjęć choinek na snapchacie.
Ludzie. Jaką przyjemność czerpiecie z rozplątywania lampek? Skąd??
Mnie też pochwalono za strój, co nie zmienia faktu, że nie zrobiłam sobie serii zdjęć przy choince, pod choinką, z prezentem, z babcią, z ciastem czy z karpiem w wannie.

Chyba nie nadaję się do dzisiejszych czasów.


O reszcie ... opowiem później. Jeszcze może się trochę zdarzyć (nim wyjadę).

Mimo wszystko, życzę Wam wszystkiego najlepszego. Sobie również.
Dużo jedzenia, dużo snu i żeby kawa wreszcie zaczęła działać.
Seksu i pieniędzy.
Alkoholu - ten nigdy nas nie zawiedzie :P
Zdanej matury - może sobie wywróżę.
Wspaniałych przyjaciół - tych już mam, ale może ktoś z Was ich potrzebuje.
Weny - też tej do życia; głównie sobie życzę, żeby pisanie postów szło mi szybciej ;)
Uśmiechu i pogody ducha - aby podróż przez mroki życia nie była aż tak trudna.

Przed Sylwestrem się odezwę, a tym czasem zostawiam Was, mimo wszystko, ze świąteczną piosenką.
Mama byłaby zła, że "amerykańskie gówno" puszczam.
Brytyjskie jeśli już. Jedno z ładniejszych dzieł. I jeszcze świetny zespół.


Bez odbioru!

niedziela, 14 grudnia 2014

Tego kwiata jest pół świata? ...

.. a trzy czwarte gówno warte - chciałoby się dokończyć.

Nie generalizujmy. To że ja trafiłam źle ... a może i nie tak źle... nie znaczy, że każdy facet to świnia.

Tytułową kwestię, ale z pełnym przekonaniem, usłyszałam dziś kilka razy.
Kochana mamusia...zupełnie jakby sama nie była młoda.
Ale zaczęłam od środka...

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi: niedawno poznałam swoją babcię (faktycznie dziwne). Przez wiele, wiele lat ojciec i ona nie utrzymywali kontaktu. Sytuacja uległa zmianie. A na dodatek dziś zaczęła mówić... ludzkim głosem.

Nie dziwcie się. Nie chcę wyjść na potwora, ale skoro przez tyle lat radziłam sobie bez babci (z różnym skutkiem), oczywistym jest, iż do nowego członka rodziny podchodziłam z dystansem.

Widziała, że chodzę cały dzień przybita. Nic dziwnego. Ostatni tydzień mnie wykończył. Przez niedospanie, przepracowanie, przemęczenie, prawie każdy wieczór kończył się rykiem w poduszkę. (Nic nie poradzę, że bo wykańczającym maratonie jedyne, o czym marzyłam, było przytulenie się do ciała, które zdążyłam tak dokładnie poznać.) Po jakże owocnej nocy  nadszedł czas na owocny dzień.

Szczerze? Babcia jako jedyna chyba w pełni zrozumiała moją sytuację.
"Chcesz, żeby wrócił??" - tym pytaniem mnie bardzo, ale to bardzo zaskoczyła.
"Nie mogę powiedzieć, że nie chcę"
Wiem, oberwę od mojej bandy, własny mózg też mnie zbeszta za głupie gadanie.
Nic nie poradzę.
Po prostu serce płata mi figle.

Do Sylwestra wszystko się unormuje, a jak go spędza? Nie wiem, babciu. Mam nadzieję, bo wyjeżdżam.
"A nie chcesz mu zaproponować wspólnego wyjazdu??"
Oczywiste. Chcę. Jak diabli.
Nie zdążyłam nic odpowiedzieć, bo ma rodzicielka zaczęła wykład pt. "Nie są małżeństwem i muszą się z niczym śpieszyć".
Przemilczałam fakt, że już dawno mieliśmy jechać razem w góry.

Daję sobie jeszcze tydzień-dwa. Ha, płonne nadzieje! Święta skończą się jak ostatni tydzień, skutkiem czego nadejście Nowego Roku świętować będę z worami pod oczami wielkości tych na ziemniaki.


Ruda się nigdy nie zakochuje.

Uświadomiłam Go o tym już na pierwszym spotkaniu (o ile dobrze pamiętam). Że owszem, szybko się przywiązuję, zależy mi itd...Ale nie zakochuję. Ja? W życiu.
Pierdolety. Jak uderzyło to aż do utraty tchu. Szkoda, że teraz ten dech tracę przez płacz.

Najpierw się złościłam.


Po tygodniu od rozstania zaczęłam tęsknić. Jak cholera.


Moje podejście, jeszcze trochę ...

sobota, 6 grudnia 2014

Leczy czy nie leczy ??

Przez całe zatracenie szkołą, rodziną, związkiem... życiem... zapomniałam znaleźć chwili dla siebie, żeby tu napisać.

Można by rzec: uroki młodości. Jednak żaden frazes czy powiedzonko nie zrekompensują mi złamanego serca i zaprzepaszczenia prawie czterech miesięcy życia.

Już sam sposób, w jaki to zrobił. Umotywowanie decyzji? Żadne. A z szoku nie byłam w stanie sklecić sensownego pytania.

Jednym z niewielu plusów całej tej gównianej sytuacji jest fakt, iż przekonałam się, że mam wokół siebie ludzi, na których mogę liczyć. Mój brat i bratowa, przyjaciółki, nawet ojciec. Nie zostawili mnie samej.
Wczoraj byłam zła, nie płakałam, może dlatego, że byłam między ludźmi, przy moim chrześniaku nie da się siedzieć z nosem na kwintę. Dzisiaj ryczę cały dzień.

Jakie to niesamowite: w jednej chwili osoba, którą kochasz staje się całkowicie obca. Wystarczy jeden moment. A ja nie mam nic do gadania.

Jestem trochę zła, owszem, bo nie dałam mu żadnego powodu, żeby kończyć. Nie mówiłam też, że to TEN JEDYNY, do KOŃCA ŻYCIA, jednak miałam nadzieję na coś dłuższego.
Kołacze mi się jeszcze w głowie, że może zechce wrócić. Nie wiem. Najgorsza jest świadomość, że znajdzie inną. Inna będzie go całować, przytulać, szeptać czułe słówka. A on jej będzie mówił to co mnie: kocham cię (powtarzane ile tylko się da), dobrze mi z tobą, cieszę się, że cię mam, nie chcę cię nigdy stracić.

Widać nie zawsze trzeba oglądać się na innych.


Podobno czas leczy rany.



LemON - Jutro

Żadnego końca świata dziś nie będzie!
Bo w Tokio jest już jutro
Wciąż waham się
Wciąż chce cię mieć, chce
Chce pewność absolutną

Gdy zechcesz iść
To nie patrz w dal
Zrób jeden krok do przodu
Bo ten nasz świat jest pełen wad
I jest pełen gniewu
niedziela, 28 września 2014

Wcale nie tak pewne pewniki

Jedyną rzeczą, a w zasadzie faktem, którego możemy być w życiu pewni jest śmierć.
Powiało grozą, co?
Niestety, taka prawda.
Ciężko jest przewidzieć, co może się zdarzyć, zawsze może nastąpić jakiś nieoczekiwany zwrot sytuacji. Najbardziej uważać trzeba w momencie, kiedy za pewnik bierzemy inną osobę. Człowiek to człowiek, przecież zawsze może popełnić jakiś błąd, zmienić zdanie, zapomnieć się, czy chlapnąć o jedno słowo za dużo. Nie jesteśmy idealni.
Ostatnio przekonałam się, że moja skromna osoba była brana za PEWNY pewnik.
Śmieszne uczucie, kiedy się skapniesz.
Po pierwsze: mój szef.
Kulturalnie, jako grzeczna dziewczynka słuchająca mamusi (czasami), poszłam do szefa na rozmowę, nie chcąc "palić mostów" (jak prosiła mama), bo przecież "nigdy nie wiadomo, co będzie i może jeszcze będziesz musiała u niego pracować". Nie zagłębiając się w szczegóły ........... jeśli ktoś jest dla mnie chujem, nie będę siedzieć i grzecznie się uśmiechać. W wyniku obrony własnej osoby usłyszałam, że jestem bezczelna. Ha! I pomyśleć, że to ja zapierdalałam w syfie za psi grosz. Nie myślcie, że się użalam, daleko mi do tego. Nie moja wina, facetowi dupa się pali, bo nie ma kto u niego pracować. Ciekawe, dlaczego .... ???
Po drugie: kumpel, który po czterech miesiącach wrócił do Polski.
Od czerwca do połowy września odezwał się tylko kilka razy. W momencie, kiedy dowiedział się, że kogoś poznałam praktycznie się nie odzywał. W sumie Gośka mi uświadomiła: "Brał cię za pewnik, a teraz grunt mu się spod nóg usunął". Sama brałam go za dobrego kumpla, kiedy on znajdował sobie jakąś laseczkę czy z kimś kręcił - jako dobra koleżanka - cieszyłam się. Dlaczego nie może działać w drugą stronę?
Nie wiem.

------

Szczerze? Nie bardzo przejęłam się zmianą "pozycji", odejściem od "pewnikowania".
Dla mnie liczy się fakt, iż moi BLISCY biorą mnie za takową.
Za PEWNĄ. Pewną uczuć, na ten przykład.
Jeśli będą mnie potrzebować - będę.

Jak już wspomniałam na początku posta: każdy człowiek się zmienia, może popełnić błąd.
Uważajcie, bo możecie się sparzyć. Ja się sparzyłam i to nie raz. Czekam na kolejny, chociaż mam nadzieję, że cios nie nadejdzie prosto w serce.

Na koniec - jak zwykle - piosenka! Dla mojej kochanej BLONDYNY, która jako jedyna (no, może nie do końca, bo jest jeszcze mój facet) wie o wszystkim, szanuje i ROZUMIE moje decyzje.
Kocham Cię, siostro! :* Coby nasz hejt nie malał, tylko rósł w siłę ;)

SZYDERAP